środa, 21 kwietnia 2010
Death Race

Death Race
:wow: świetny! godzina czterdzieści pięć minut ciągłego napięcia! Przez pierwsze 5 minut tego filmu działo się więcej niż przez całego tego nieszczęsnego "Dark Knighta". O czym? Ano o wyścigu ;) Montaż miodny, długie ujęcia przeplatane z krótkimi, akcja ze scenami spokojnymi... minut i orzeszki. Finałowy wyścig to już w ogóle poezja! Akcja, akcja, akcja - jeden z bohaterów zaciągający się papierosem pomiędzy kolejnymi pociągnięciami za spust - i znowu jedziemy! WOW! Abstrahując od fabuły (dobrej!) ten film jest po prostu zaje***iście zrobiony od strony technicznej. A efekty? Genialne (no to co ten shit w mejtrixie ==' efekty specjalne są po to, żeby wyglądało naturalnie, a nie po to, żeby było efekciarsko ==' ).
Ja chcę więcej!
:wow:

niedziela, 07 marca 2010
"Brzytwa"

Hmm... poprzednie założenie, ze Brzytwę zamknie się w 10000 słów było nieco zaniżone (i naprawdę nie wiem co mi do głowy strzeliło, że będzie taki krótki...). Pewnie wyjdzie jakieś 100000 znaków (15000 słów)

 

 

poniedziałek, 15 lutego 2010
Rolki

Sycę masochizm oglądając łyżwiarstwo szybkie i doszłam do wniosku, że nie ma co jęczeć, że się chce: trzeba zacząć. Oczywiście możliwości jeżdżenia na łyżwach są ograniczone - jasne, jakieś tam lodowiska są, ale nie da się tam rozwinąć szybkości, czy poćwiczyć techniki, właściwie samo jeżdżenie w takim tłumie, to niezłe wyzwanie. No ale przecież są rolki.

Mój stary sprzęt - co do lokalizacji którego nie ma żadnych informacji, to stara plasticzna technologia dla strongmanów - jak się to zatarga w odpowiednie miejsce, to się już nie ma siły jeździć. A więc trzeba kupić coś nowego. Podobno za 100zł już się coś dostanie - nie wiem właściwie gdzie i jak to wygląda, bo internet milczy na ten temat (chociaż z drugiej strony podobno w necie właśnie można kupić super sprzęt, a w sklepach "stacjonarnych" to sam badziew). Ale za 200zł na promocji można nawet sprzęt który normalnie oscyluje w granicach sześciu stówek nabyć. I na to się czaję.

W efekcie przeszukiwania otchłani internetu (w kwestii rolek opanowanym głównie przez agresywnych i odchudzające się emerytki oraz standardowo dzieci w wieku komunijnym) odkryłam sklep do którego się wybiorę...

...oraz takie cudo:

Profesjonalne rolki do wrotkarstwa szybkiego. Jedne 1800zł i są twoje. I wiecie co? Moje szaleństwo doszło do stopnia, że bym je kupiła (no dobra, za 900zł znalazłam zestaw dla początkujących, bardzo podobny), tylko że nie ma gdzie jeździć. Nie wydam tyle pieniędzy, zeby raz na tydzień przejechać się wkoło Malty... cóż, więc w środę jadę zakupić zwyczajny sprzęcioch, a jak tylko pogoda zrobi się znośna co piątek nad Malte ;) A na tą fotkę to sobie popatruję niczym przeciętna nastolatka na plakat idola...

piątek, 08 stycznia 2010
Avatar. Refleksja

Przyznam się od razu, że do napisania tej recenzji popchnęło mnie tylko jedno – przelewająca się przez internet fala pseudointeligenckiego narzekania na „przewidywalną” fabułę arcydzieła Jamesa Camerona. Odnieść można wrażenie, że na portalach zajmujących się filmem nastała nowa moda – będąca właściwie odmianą poprzedniej. Niegdyś „znawca” musiał koniecznie pluć na prawo i lewo – obraźliwym w jego mniemaniu – słowem komercja. Obecnie argumentuje się efektami specjalnymi („akcją” rozumiana li tylko jako bieganie i strzelanie), gołymi biustami i „nieprzewidywalnością” fabuły.  Jak każde pozerstwo (tu: na inteligenta) kończy się to spektakularną porażką i udowodnieniem marnej kondycji swojego ilorazu inteligencji. Zaznaczam od razu, że nie piję do osób, którym się Avatar nie podobał (w większości ludzie, którzy poszli na 2D, albo obejrzeli w domu…), a jedynie tych, które wykazują się wyjątkową odpornością na wiedzę.

Fabuła Avatara oparta jest na historii indianki Matoax, którą zna chyba każdy, jeśli nie z lektury to z kina. Jeśli film Jamesa Camerona jest wtórny to w równym stopniu, co kolejne adaptacje tejże historii (a było ich niemało i to nie tylko „indiańskich”, zerknijmy na „Ostatniego samuraja”, czy inne pociotki „13 wojownika”*). Korzystanie z dorobku kulturalnego nie jest tym samym, co brak oryginalności. Za to brak znajomości tegoż dorobku jest tożsamy z ignorancją. Ponadto, ani przez moment wątek romansowy Avatara nie pretenduje do oryginalności. Wręcz przeciwnie: reżyser jawnie i mądrze kieruje odbiorcę w tym kierunku. Osiąga przez to dodatkowy – poza opowiedzeniem uniwersalnej historii z uniwersalnym przesłaniem – efekt. Mianowicie pozwala widzowi rozkoszować się wykreowanym z wielkim rozmachem światem. Ogromne wrażenie wywiera Avatar z jednego powodu: prostoty, a co za tym idzie genialnego połączenia obrazu z fabułą, pozwalającą na wykreowanie pełnowymiarowych postaci za pomocą drobnych jedynie epizodzików. Wiemy przecież, jaką rolę spełniali będą poszczególni bohaterowie, a pojedyncze scenki – w rodzaju Neytiri sprzeciwiającej się matce, czy zazdrosnego Tsu'teya – dodają im osobowości, sprawiają, że nie sposób ich nie polubić.

Do tego, czy ten film naprawdę jest przewidywalny? Nie: patrząc na ogół jego fabuły, ale na rozwój poszczególnych wątków, wydarzeń, scen? I czy ta domniemana przewidywalność w ogóle jest istotna? Mnie prawdę mówiąc, w chwili gdy Jake wybiegł z laboratorium, nie obchodziło nic poza jego niezdarną radością. Ten film ani raz nie postawił przede mną pytania „co się stanie?”. Za to nieustannie pytałam „jak?”, czyli dzięki trafnym zabiegom reżysera wcale nie zastanawiałam się, czy zasady filmowej dramaturgii wymagają szczęśliwego rozwiązania tego, czy owego wątku.

Tak. Udało się. Dobrzy nakopali złym, choć zwycięstwo nie przyszło łatwo. I mnie z tym bardzo dobrze. Trudno zakończyć film happy endem tak, by widzowie nie czuli ani grama sztuczności, a wręcz przeciwnie – byli zadowoleni i szczęśliwi.

Jakim filmem jest Avatar? Prostym, wzruszającym, pięknym i uroczym. Wbijającym szpilkę w piętę polityki zagranicznej USA. Pokazującym, że nie mogą przyjść do nas i zabrać tego, co do nas należy. Słyszałam zarzut, że to jest przesłanie, które rozumie nawet dziecko. Tak? Patrzę za okno i wydaje mi się, że jednak niekoniecznie. W świecie, gdzie brak wartości stał się wartością Cameron nakręcił film kipiący wartościami, niczym pandoryjska dżungla kolorami. Dobro, zło, miłość, chciwość, współczucie, zrozumienie, poszanowanie tradycji i życia… wymieniać można długo. I najbardziej cieszy mnie to, że ta prosta magia wciąż działa.

 

*tak, wiem, że ten film jest oparty na pamiętnikach, etc. Wymieniam go tutaj, bo w fali zarzutów o wtórności względem Pocahontas zarzut dotyczący „13 wojownika” się nie pojawił… czyżby Cameron robił z Na’vi indian specjalnie…? Och, nie, na pewno jest wtórny XD

 

niedziela, 03 stycznia 2010
Książkowe podsumowanie roku

Przeczytałam 58 książek nie licząc tekstów z zajęć na zajęcia z których by się spokojnie kilka książek ułożyło.

Najlepsze? "Jerozolima wyzwolona" Tassa, "Polska poezja świecka XV wieku", "Wieki światła" McLeoda, "Welin" Duncana, "Irydion" Krasińskiego (wmówienie lasce, że jest się Jezusem pokonało konkurencję), "Tristen" (trzy tomy) Cherryh i "Nadzieja pokonanych" Goodkinda (jak na razie najlepsza z cyklu). Do tego jeszcze bym dorzuciła "Fausta" Goethego.

"Czerwone i czarne" Stendhala ma minus za kretyńskie zakończenie ;)

Porażka roku? "Nowa Heloiza" Rousseau, "Żywot człowieka poćciwego" Reja, "Dom burz" McLeoda i - mniejszy kaliber, ale za to kompletna strata czasu - "Pani Bovary" Flauberta.

Z tych 58 książek jedynie 14 to nie-lektury :/ Choć jak widać z powyższego wśród lektur też się ciekawe rzeczy znalazły ;)

A zakupy...
5 tomów lovecrafta, PLO3, Zamieć, Welin, Ludzie z Gwiazdy Pella, Fizyka rzeczy niemożliwych, Pani Bovary, Targowisko Próżności... razem 12. Ogranicza mnie miejsce (o czym plotkuje cała polska :> ). Z tego przeczytałam na razie tylko Welin i Panią Bovary. Liczba książek kupionych a nieprzeczytanych wynosi aktualnie: 19.

Z osiągnięć to bym jeszcze dorzuciła, ze trzy książki przeczytałam po angielsku ("Thud!" "Night Watch" i "Fairyland")

niedziela, 20 grudnia 2009
ŻYLETA OCKHAMA

ŻYLETA OCKHAMA


Istnieje zasada fizyczna, zwana brzytwą Ockhama, według której trzeba zawsze wybierać najprostszą drogę i ignorować bardziej zawiłe alternatywy, szczególnie jeśli nigdy nie będzie można ich sprawdzić. […] Fizycy nie twierdzą, że aniołowie i cuda nie istnieją. Może istnieją. Ale cuda – z definicji – są niepowtarzalne i dlatego niemierzalne eksperymentalnie. Stąd, zgodnie z zasadą brzytwy Ockhama, musimy je odrzucić (chyba, że znajdziemy mierzalny, powtarzalny cud, albo anioła).
Michio Kaku „Hiperprzestrzeń”



1.
Piwnica była ciemna i zawilgocona. Pod jedną ze ścian piętrzyła się sterta połamanych mebli. On kucał naprzeciwko, niemal wciśnięty w kąt. Dyszał ciężko i wydawało mu się, ze słychać to aż na ulicy, od której odgradzały go nie tylko ściany, ale i niewielki trawnik. Chciał uspokoić oddech, ale zagrożenie wciąż było realne. Fizycy, czego by o nich nie mówić, nie poddawali się tak łatwo.
Do pomieszczenia wskoczył kot. Był czarny i pod każdym względem zwyczajny. Tylko futerko miał bardzo puszyste i błyszczące. Miękko wylądował na wilgotnym, brudnym betonie. Usiadł przed skulonym w kącie mężczyzną, przechylił łebek i ziewnął rozkosznie.
Chłopak wstał niepewnie. Siedział wciśnięty w kąt tylko chwilę, ale i tak zesztywniał. Przeciągnął się ostrożnie. Posłał kotu zmęczony uśmiech:
- Dzięki.
Kot zmilczał.

2.
Szli zatłoczonym chodnikiem – wysoki, chudy mężczyzna o wąskich, głęboko osadzonych oczach i nieduży kot kroczący dumnie pośród spieszących się eleganckich ludzi. Na sklepowych witrynach pyszniły się kolekcje najlepszych projektantów. Porządna dzielnica, ot co. Mężczyzna niezbyt tu pasował. I bynajmniej nie był zadowolony, że jego poplamione jeansy i przymały t-shirt tak rzucają się w oczy. Ale nie miał innego wyjścia. Sądząc po kierunku, w którym pobiegli fizycy, kobieta, której szukał była gdzieś tutaj.
Przy najbliższej przecznicy kończyły się kamienice ze sklepami na parterze, a rozpoczynał rząd wieżowców. Na ścianie najbliższego zawieszono ogromną reklamę. Rudy mężczyzna odziany w skóry, trzymający w rękach gitarę elektryczną reklamował swoja najnowszą płytę.
Heterozy, pomyślał chudzielec i splunął. Nie znosił tego typa. Wszyscy go tu uwielbiali. Nawet fizycy.

3.
Jest! Wychodziła z niewielkiego parterowego domku. Ubrana w ultraobcisłą, krwistoczerwoną sukienkę przyciągnęła wzrok każdego osobnika płci męskiej w najbliższej okolicy, a myśl o niej nie opuszczała pewnie nawet Fizyków. Blond cizia jak się patrzy, pieprzona Żyleta.
Zadecydował, ze poczeka na nią w środki, poza wszystkim powinno tam być bezpieczniej. Kto nie miał nic przeciwko, generalnie przez większość czasu po prostu obserwował, z drobnymi przerwami na okazjonalne ratowanie mu tyłka.
W mieszkaniu Żylety było czysto i schludnie. Jak dawno nie byli w podobnym miejscu? Rozsiadł się na kanapie w biało-czarne paski, nie bacząc na to, że może ją pobrudzić.

4.
Zdrzemnął się, nie słyszał jak wróciła. Obudziło go dopiero chrząknięcie. Podniósł wzrok. Stała z założonymi rekami, z cierpką miną, oparta o framugę.
- Higgs jak mniemam?
Wstał, zbolały:
- Owszem.
- Spodziewałam się, ze w końcu przyjdziesz. Od takich jak ty nie sposób się uwolnić.
- Pomóż mi.
- Niby jak?
- Przekonaj Fizyków.
Roześmiała się gorzko.
- Neutralinom pomogłaś!
- Ja im co najwyżej nie szkodzę. Poza tym radzą sobie same. A jeśli ktoś wie, gdzie są, to Kot - wpiła błękitne spojrzenie w myjące się zwierzątko. To odpowiedziało nonszalanckim błyskiem zielonych ślepi.

5.
Szedł za kotem w nadziei, że zaprowadzi go do nieuchwytnych Neutralin. Odchodzili od schludnego centrum, coraz węższymi uliczkami i labiryntem zaułków zdążali w stronę mniej zaludnionych, magazynowych części metropolii. W koncu weszli pomiędzy ogromne blaszane hale. Pustka aż przejęła go dreszczem.
Kot miauknął.
Podmuch poruszył włosami Higgsa. Przed nim truchtał w miejscu czarnoskóry, bardzo szczupły mężczyzna w czerwono-szmaragdowym stroju. Po chwili dołączyli do niego inni, podobnie, niewidoczni gdy biegli, niezatrzymujący się ani na moment.

6.
- Musisz biec - mówił Kiverbaibagla.
- Ale Fizycy właśnie chcą, żebym biegał. Żebym biegał i się z kimś zderzył - tłumaczył Higgs.
Truchtający Murzyni spojrzeli po sobie.
- Bądź jak woda – powiedział jeden z nich, jakby coś sobie przypomniał.

7.
Nie wiedział, czy jest jak woda, ale wiał przed Fizykami najszybciej jak potrafił. Lekko zakręcająca ulica była na szczęście pusta. Czuł, że dostaje zadyszki, w boku odzywała się kolka… jeszcze kawałek, jeszcze kawałeczek, oni przecież też muszą się kiedyś zmęczyć! Już tylko…
Z zaułka wyskoczyła grupka rozczochranych neutronów.


Koniec.


W rzeczywistości neutralina poruszają się bardzo wolno. Ale co poradzić, wen dyktator wie swoje... =='

poniedziałek, 07 grudnia 2009
Prace nad "Brzytwą" trwają

Ched podesłała mi świetną stronkę... no to staram sie za jej pomocą zmobilizować. Licznik postępów (w słowach):

wtorek, 24 lutego 2009
O głupocie ludzkiej wieloaspektowo
Zacznijmy od geniusza, który układał mi plan.

plan

Tak. Dobrze widać. We wtorek mam 7 zajęć. Chociaż stwierdzić muszę że przy odpowiednim zaopatrzeniu w bułki, sznytki i termos pełen herbaty nawet da się to przeżyć, a ostatnie zajęcia to cót mniut i ożeszki. Ale! (bo ja zawsze muszę mieć jakieś ale) Dlaczego na mojej specjalizacji (na którą trudno się dostać etc.) są ludzie, którzy nudzili się i czuli nie na miejscu na zajęciach z edytorstwa?! O.o? To co oni robią na specjalizacji wydawniczej retro edytorskiej właśnie? Jasne, nie każdy musi się tak tym jarać, jak ja, ale... no bogowie miłosierni... nie każdy musi siedzieć na tej specjalizacji, tak? To nie jest bibliotekarsko-dokumentalistyczna, na której nigdy nie mają nawet połowy naboru, czy nauczycielka, na która biorą wszystkich... Ja nigdy nie zrozumiem humanistów =='

tak, czy owak... zajęcia ze specjalizacji sa jeszcze lepsze niż przypuszczałam :D i są mace w sali komputerowej :D

 

wtorek, 10 lutego 2009
JCVD
JCVD i powiem wam jedno... JEAN-CLAUDE IS BACK. Koniec z durnymi filmami o bliźniakach, kretyńskich nawalanek etc. Kawał dobrego kina. Bez sztuk walki. Bez prania po mordach. Bez bliźniaków.
Komedio-dramat, w którym Van Damme gra samego siebie. Takie rozliczenie z dotychczasowymi dokonaniami.
Przegrywa rozprawę o opiekę nad swoimi dziećmi.  Wraca do Belgii. Jest bez grosza przy duszy, nawet nie może zapłacić za taksówkę.
Mając lat 13-15 byłam wielką fanką Jean-Clauda. Widziałam masę jego filmów, oczywista pewnie nie wszystkie, ale jakby nigdy mi na tym nie zależało. Kilka z nich było naprawdę dobrych. Ale potem... jakby... coś się spiep*yło. Wtórne debilne filmy klasy B, nie oszukujmy się. Kiedy ktoś z rodziny mówił mi, ze jest film z Van Dammem w tv, wybuchałam śmiechem - co, znowu bliźniaki? Ale, cholera... gdzieś w człowieku zostaje taki sentyment do idoli z dzieciństwa. Dlatego cholernie, ale to naprawdę cholernie się cieszę, że Van Damme wraca do filmu. I to na poważnie, jakby jednak wreszcie zaczęło mi zależeć na wizerunku. Albo dojrzał do tego, żeby jednak o ten wizerunek zawalczyć. I ten film jest trochę jak moje uczucia względem niego. Z jednej strony - szara rzeczywistość, a z drugiej wyobrażenia, przeszłość, filmowa fikcja. Z jednej strony Jean-Claude, który nie spal od dwóch dni, jest spłukany, załamany i ma dość - a z drugiej 'o rany, to Jean-Claude Van Damme!' 'Dasz mi autograf?' Sam Van Damme chwilami się temu poddaje.
Świetny film, w duchu taki bardziej francuski, na pewno nie USAński. Miejscami przekomiczny, gdzie indziej wzruszający i dramatyczny. Ale dość optymistyczny i ja tez z optymizmem patrzę na przyszłość JCVD. Z niecierpliwością czekam na jego nowy film :)
piątek, 06 lutego 2009
Changeling aka Oszukana niejakiego Clinta Eastwooda. Oł drzwiazas krajst!  Clint jest bogiem i udowodnił to po raz kolejny. Nominacja dla Jolie mnie nie dziwi i w ogóle... po prostu mistrzostwo. Tak jak na Angelinę nie mogę patrzeć, tak tutaj to jej chorobliwe wychudzenie, zmęczenie i ogólnie wygląd kogoś chorego pasował świetnie. No i jej głos - uwielbiam jej głos, z wyglądu jest paskudna, ale głos ma niesamowity - doskonale nadawał się do tego 'This is not my son!'. Cholera, mam ochotę obejrzeć to raz jeszcze... Gdzieś widziałam recenzję, gdzie facet narzekał,z ę za długie... za długie? Jak dla mnie to by mogło trwać jeszcze ze dwie godziny!

W klimacie przypomina to nieco "Z zimną krwią" Trumana Capote (zresztą też oparte na faktach). Kawał świetnego kina na najwyższym poziomie.
 
1 , 2 , 3